Minęło osiem lat od śmierci dr Dariusza Ratajczaka

„Każdy szanujący się historyk jest z natury rewizjonistą. Bo zadaje sobie pytania: czy aby na pewno?”

Minęło osiem lat od śmierci dr Dariusza Ratajczaka. Jego rozkładające się zwłoki znaleziono 11 czerwca 2010 roku w samochodzie na parkingu przed supermarketem Karolinka w Opolu. Zmarł w nieznanych okolicznościach; przyjęto 29 maja 2010 r. jako dzień jego śmierci.

Syn mec. Cyryla Ratajczaka, znanego obrońcy Ryszarda Kowalczyka oraz działaczy Solidarności w czasie stanu wojennego, miał Dariusz dobrze zapowiadającą się przyszłość zawodową przed sobą. Był pracownikiem naukowym na Uniwersytecie Opolskim. W 1991 r. ubiegał się o mandat poselski z ramienia Stronnictwa Narodowego.

“Każdy szanujący się historyk jest z natury rewizjonistą. Bo zadaje sobie pytania: czy aby na pewno?” – pisał opolski historyk. Jakie były skutki takiej postawy? – „Pogrzeb odbył się w warunkach konspiracyjnych. Nikt niepożądany nie był poinformowany o terminie pochowania zmarłego. Obecni byli tylko członkowie rodziny i najbliżsi przyjaciele, w sumie kilkadziesiąt osób. Tablica na jego grobie informuje, iż zmarł 29 maja 2010 roku. Nie można tu nie wspomnieć o osobliwym pożegnaniu ze strony „Gazety Wyborczej”, która wiadomość o śmierci swej ofiary umieściła pod tytułem „Znaleziono ciało kłamcy oświęcimskiego”.

Co takiego napisał dr Dariusz Ratajczak, że spotkał się nie tylko z niezrozumieniem otoczenia, ale wręcz z szalonym atakiem “elit” politycznych z kręgu „Gazety Wyborczej” i innych opiniotwórczych środowisk? Że został wyrzucony z pracy, był sądzony i otrzymał wilczy bilet na całe swe życie? Że zmarł w wieku 47 lat w dziwnych i tajemniczych okolicznościach? – Odpowiedzią, przynajmniej częściową, są słowa dr Ratajczaka:

„Pisanie o stosunkach polsko-żydowskich jest czynnością ryzykowną. Szczególnie dla Polaka, który uważa, że stosunki te powinny być przedstawiane w oparciu o prawdę. Łatwo wtedy – paradoksalnie – narazić się na zarzuty o skrajny nacjonalizm, ksenofobię i „dyżurny” antysemityzm. Konsekwencje są zazwyczaj smutne: towarzyski bojkot (każdy ma takich znajomych, na jakich zasługuje), rasowy i wydawniczy „knebel”, ostatecznie – zawodowa śmierć”. – Nie tylko zawodowa, lecz faktyczna śmierć spotkała opolskiego historyka.

W 1999 roku wydał D. Ratajczak niepozorny zbiór artykułów pt. „Tematy niebezpieczne”.

Zygmunt Białas

W 2001 (Nowy Jork) i 2002 roku (Opole) Dariusz Ratajczak wydaje kolejną książkę – „Tematy jeszcze bardziej niebezpieczne”.

„Na szczęście Ratajczak mógł sprzedać tylko 5 egzemplarzy swojej książki. Uff, polska demokracja znów wyszła obronną ręką. Gdyby historyk mógł sprzedać 6 egzemplarzy – NATO musiałoby zaraz zbombardować Opole” – Jürgen Graf.

Poniżej zamieszczamy trzy teksty z drugiej pozycji.

 

FAŁSZYWI ŚWIADKOWIE

Świadkowie istnienia i funkcjonowania komór gazowych w niemieckich obozach koncentracyjnych przez dziesiątki lat korzystali ze szczególnego immunitetu polegającego na tym, że nie poddawano ich przesłuchaniu, które określamy terminem „krzyżowy ogień pytań”.

Wbrew temu, co się powszechnie sądzi, nie było ich zresztą nigdy zbyt wielu. Powiem więcej – przekonanie o licznym zastępie „naocznych świadków” jest (lub raczej było) „pewnikiem” z gatunku wirtualnej rzeczywistości. Byli, ponieważ musieli być… Wraz z pojawieniem się w latach siedemdziesiątych rewizjonistów Holocaustu musiano jednak – acz niechętnie – użyć ich świadectw przeciwko twierdzeniom ludzi kwestionujących między innymi istnienie komór gazowych. Ta chwila prawdy okazała się dla świadków wydarzeniem ponurym, co postaram się przedstawić na kilku przykładach.

W roku 1981 rozpoczął się proces czołowego rewizjonisty francuskiego, Roberta Faurissona. Ciągnął się on aż do roku 1983 (apelacja) i zakończył wyrokiem skazującym, gdyż inny werdykt nie wchodził w rachubę. Podczas tego procesu nie odważył się wprawdzie wystąpić osobiście ani jeden świadek zagłady, niemniej jednak przedstawiono pisemne świadectwo Szmula Fajnzylberga, więźnia Auschwitz, wcześniej komunisty walczącego w Brygadach Międzynarodowych w Hiszpanii. Fajnzylberg (alias Feinsilber, St. Jankowski, Kaskowiak) utrzymywał, że pracując w auschwitzkim krematorium („Altes Krematorium” lub Krematorium I) spędzał wiele naznaczonych grozą chwil w koksowni, gdzie zamykali go wraz z kolegami z Sonderkommando SS-mani na czas gazowania więźniów. Dopiero po dokonaniu morderstwa Sonderkommando zabierało się do tragicznej czynności wyciągania i spalania zwłok. Innymi słowy Fajnzylberg, podobnie jak inni Żydzi, nie uczestniczył w gazowaniu, ale był władny rozpoznać jego skutki! Stawał się więc… niewygodnym świadkiem morderstwa, któremu Niemcy pozwolili przeżyć. Zaiste brak zbrodniczej logiki w postępowaniu SS-manów jest porażający. Ważniejszym jednak od zupełnie nieprzekonywującego wywodu Fajnzylberga było swoiste podsumowanie procesu Faurissona przez Simone Veil (była Minister Sprawiedliwości Francji i Przewodniczącą Europejskiego Parlamentu), która 2 tygodnie po zakończeniu sprawy stwierdziła, że wprawdzie brak jest dowodów, śladów, a nawet świadków istnienia i funkcjonowania komór gazowych, jednakże łatwo to wyjaśnić, ponieważ „Wszyscy wiedzą [argument „wszyscy wiedzą” w prawie nic jeszcze nie oznacza – DR], iż naziści zniszczyli komory gazowe i systematycznie eliminowali wszystkich świadków [gdybym był złośliwy, powiedziałbym: wszystkich, z wyjątkiem Szmula Fajnzylberga – DR]”.

Dwa lata później w Toronto odbył się pierwszy z procesów kanadyjsko-niemieckiego rewizjonisty – Ernsta Zündela. W czasie jego trwania po raz pierwszy poddano „krzyżowemu ogniowi pytań” eksperta strony skarżącej – dra Raula Hilberga oraz świadka „numer 1” – dra Rudolfa Vrbę. Hilberg, autor książki „The Destruction of European Jews”, dzień po dniu był miażdzony przez obronę i wyraźnie miał wszystkiego dosyć. Nie dziwi więc, że odmówił udziału w II procesie Zündela odbytym w roku 1988. Natomiast Vrba – podobno świadek wyjątkowy, przekaz którego był jedną z podstaw słynnego „War Refugee Board Report on the German Extermination Camps – Auschwitz and Birkenau”, opublikowanego w roku 1944, ponadto współautor książki „I Cannot Forgive” (1) – skompromitował się totalnie. Przede wszystkim przyznał, że w swojej książce uciekał się do „licencia poetarum”. Na pytanie zaś prokuratora Griffitha, czy również jego świadectwo zawiera ową „licencia poetarum”, próbował wprawdzie ripostować, lecz w chwilę później udzielił zupełnie nonsensownej odpowiedzi dotyczącej liczby zagazowanych ludzi. Zrezygnowany prokurator, zamierzający pierwotnie zadać kolejne pytanie, wreszcie poddał się oświadczając: „Nie mam więcej zapytań do doktora Vrby.”

Kwestionowanie wiarygodności „naocznych świadków” (nie tylko funkcjonowania komór gazowych) nie jest oczywiście upowszechnianiem, czy propagowaniem tzw. kłamstwa oświęcimskiego. Przyznają to nawet zdeklarowani antyrewizjoniści w rodzaju Jean-Claude Pressaca, którzy swój spór z „zaprzeczaczami” Holocaustu przenieśli na tory dyskusji (to prawda, prowadzonej w osobliwych okolicznościach) stricte naukowej, z wykorzystaniem najnowszych osiągnięć nauk ścisłych – na przykład chemii (2). „Naocznych świadków” natomiast skrywa głęboki, coraz głębszy cień.

Przypisy:
(1) A. Bestic, R. Vrba, I Cannot Forgive, New York 1964.
(2) Dobrym przykładem „sporu chemicznego” jest korespondencja między rewizjonistą Germarem Rudolfem, a Instytutem im. Jana Sehna w Krakowie, zamieszczona w Kardinalfragen zur Zeitgeschichte, Berchem 1996, ss. 86-90.

JESZCZE O NAOCZNYCH ŚWIADKACH HOLOCAUSTU

W poprzednim – jak zawsze syntetycznym – eseju przedstawiliśmy kilku… „naocznych świadków” historii, których relacje – zrazu uznawane za niepodważalne – w konfrontacji z faktami okazały się bezwartościowe. Mówiąc dosłownie: były to kłamstwa.

Obecnie zajmijmy się ich kolegami, ale tym razem bez wskazania, czy zreferowane przez autora świadectwa są zgodne z historyczną prawdą, czy też nie. Gwoli przypomnienia; nie są to ,,tacy sobie świadkowie”, lecz prominentni stronnicy oficjalnej wersji tragicznego Holocaustu – członkowie Sonderkommando, czyli więźniowie – mimowolni uczestnicy masowego gazowania ludzi w niemieckich obozach koncentracyjnych (w podwójnych kwadratowych nawiasach – zgodnie z przyjętą przeze mnie zasadą ,,równowagi poglądów” – podaję krótkie odpowiedzi na ich wywody historyków – rewizjonistów Holocaustu).

FILIP MÜLLER przez trzy lata pracował w oświęcimskim Sonderkommando.
Przeżył kilkanaście akcji likwidowania jego kolegów – niewygodnych świadków gazowania (co zresztą opisał z pomocą niezłego literata w książce: Naoczny świadek z Oświęcimia: trzy lata w komorach gazowych). Müller opisuje, że podczas wyciągania trupów z komory gazowej pojadał sobie (czyli nie nosił maski przeciwgazowej), a ponadto zauważył, że Żydów gazowano w ubraniach, razem z walizkami. Pozostaje to, nawiasem mówiąc, w absolutnej sprzeczności z treścią Informatora Państwowego Muzeum w Oświęcimiu (Oświęcim 1997), gdzie na stronach 8-9 czytamy: ,,Są oni (więźniowie – DR) spokojni, gdyż po selekcji esesmani zapewnili wszystkich, że oczekuje ich kąpiel. Polecano im zdejmować odzież, a następnie przepędzano do drugiego podziemnego pomieszczenia imitującego łaźnię”.

[[ F. Müller przeżył wojnę na skutek niesamowitego zbiegu okoliczności. Przede wszystkim SS-mani nie zabili go jako świadka wstydliwie chowanego przed światem masowego gazowania ludzi, a ponadto w niespotykany sposób jego organizm uodpornił się na śmiercionośne działanie cyklonu B. ]]

SALMAN GRADOWSKI (członek oświęcimskiego Sonderkommando): piece gazowe pożerały żyjących ludzi i wyrzucały ich zimne zwłoki.

[[ Kompletna bzdura – nawet w świetle badań historyków – antyrewizjonistów. ]]

MILTON BUKI (członek oświęcimskiego Sonderkommando). Buki zauważył niebiesko-sine plamy na ciałach zagazowanych więźniów. Jak twierdzi znakomity Tomasz Gabiś (którego nie można uważać za rewizjonistę Holocaustu, a co najwyżej wnikliwego referenta poglądów historyków-nonkonformistów) ,,ten motyw, jak również motyw „niebieskich oparów gazu” może być wynikiem skojarzenia z niemiecką nazwą cyjanowodoru „Blausaure” (człon blau), ewentualnie z niebieskimi plamami, jakie cyjanowodór zostawia np. na ścianach po połączeniu z żelazem (tzw. Eisenblau)”.

[[ Oczywiście cyjanowodór jest bezbarwny. Milton Buki nie mógł widzieć sino-niebieskich plam na zagazowanych ciałach Żydów, gdyż nie należą one – może to sprawdzić najgorszy Instytut w najsłabszym europejskim uniwersytecie – do objawów zatrucia cyjanowodorem. ]]

DOV PAISKOVIC (członek oświęcimskiego Sonderkommando) twierdził, że spalenie jednych zwłok trwało 4 minuty.

[[ Pomijamy milczeniem. Techniczno-intelektualny blamaż. ]]

ARNOLD FRIEDMAN (naoczny świadek gazowania występujący w procesie kanadyjsko-niemieckiego rewizjonisty Ernsta Zündela) widział płomienie bijące z kominów oraz wyraźnie rozpoznawał po kolorze tychże, czy paleni są żydzi polscy, czy też węgierscy.

[[ Bez komentarza. ]]

Nie mnie oceniać, kto ma rację w pojedynku: naoczni świadkowie – rewizjoniści, aliści nie mogę nie wspomnieć o ciekawym spostrzeżeniu żydowskiego badacza Samuela Gringauza, który stwierdził, iż relacje ocaleńców z Holocaustu cechuje „skrajny egocentryzm” oraz grafomańska przesada.

Auschwitz-Birkenau to punkt – zapewne nie najważniejszy – w Wielkim Archipelagu Niegodziwości, jaki zafundowały nam niemiecki hitleryzm oraz – jakże często pomijany przez dzisiejszych internacjonalnych Europejczyków – sowiecki komunizm. Auschwitz jest takim samym symbolem zła, jak sowieckie – nazwane i nienazwane, a nade wszystko zapomniane – obozy zagłady na terenach Eurazji. Tam nie ma „Konferencji ku Przestrodze…”. Było, minęło.

I chociażby z tego względu żadna, absolutnie żadna nacja nie ma monopolu na cierpienie w tym okrutnym, neopogańskim XX wieku.

 

BEŁŻECKI FANTASTA

Jan Karski (Jan Kozielewski), bohaterski kurier emigracyjnego Rządu Rzeczypospolitej, od ponad pół wieku uchodzi za ,mocnego” świadka wojennej hekatomby Żydów, Jego świadectwa uznawane są bez zastrzeżeń przez wielce wpływowe Muzeum Holocaustu, Yad Vashem i tak zwanych uczciwych ludzi. Właściwie jest on rodzajem ,,Hexenhammer” na różnych tam rewizjonistów, którzy kopią, ryją, podgryzają oficjalną wersję wydarzeń.

Te nienawistne korniki mogą sobie dworować z różnych niedorzeczności widocznych ,,gołym okiem”. Mogą nawet utrącać co śmieszniejsze, kiedyś uważane za niepodważalne twierdzenia. Wara im jednak od Karskiego, męża czystego i prawdomównego aż do przysłowiowego bólu.

Tymczasem proste porównanie fragmentów pewnej książki jego autorstwa z późniejszą hagiograficzną biografią pióra Stanisława Jankowskiego i E. Thomasa Wooda prowadzi do smutnych wniosków…

W roku 1943 Karski osobiście powiadomił prezydenta Franklina Delano Roosevelta i sędziego Sądu Najwyższego USA, Felixa Frankfurtera, o żydowskiej tragedii pod niemiecką okupacją. Krótko potem napisał książkę The Story of a Secret State (Boston 1944), która zawierała między innymi opis jego wizyty w obozie śmierci w Bełżcu. Ten właśnie fakt – to jest osobista infiltracja obozu zagłady – był jądrem świadectwa Karskiego i jednym z ważkich powodów jego późniejszej sławy. Zobaczył, powiedział, ostrzegł świat…

Karski był bardzo ścisły co do lokalizacji obozu, na teren którego wszedł w mundurze strażnika. W książce czytamy m. in., że w kilka dni po jego wizycie w warszawskim getcie przywódca Bundu umożliwił mu zobaczenie obozu znajdującego się ,,około l00 mil na wschód od Warszawy”. Miano tam bez wyjątku zabijać wszystkich więźniów, chociaż bundowiec przyznawał, że nigdy tam nie był (str. 339).

Słynny kurier przybył do Bełżca ,,krótko po południu” i bezpośrednio skierował się na miejsce, gdzie czekał na niego mundur estońskiego strażnika. ,,Był tam mały sklep spożywczy należący do Żyda” (str. 340). Obóz natomiast znajdował się około 1,5 mili od sklepu (str. 341) na „dużej, płaskiej równinie” i zajmował obszar mili kwadratowej (str. 344). Później następuje opis okropności, jakie miały tam miejsce (masowe rozstrzeliwania, złowrogie, zaplombowane samochody, gaszone wapno itd.).

Rewelacje Karskiego, umiejętnie – przyznajmy – podsycane przez speców od shoah-biznesu, gładko połknęła opinia publiczna. Jak niemal zawsze myliła się, niepomna ostrzeżeń słanych nawet przez tak zdeklarowanego wroga rewizjonistów jak Raul Hilberg, który w wywiadzie dla Jerusalem Post z 28 czerwca 1986 roku stwierdził: ,,Nie umieściłbym go (Karskiego – DR) w przypisie mojej książki”.

Hilberg w tym wypadku miał rację. Oto w roku 1994 ukazuje się biografia Karskiego pióra wspomnianych już Jankowskiego i Wooda (Karski: How One Man Tried to Stop Holocaust, Nowy Jork 1994), która… zaprzecza wizycie Karskiego w Bełżcu podczas wojny. Żeby było śmieszniej, autorzy zapewniają w niej na stronie XV, że ściśle współpracowali z nobliwym profesorem, który ,,udostępnił nam swe osobiste archiwum”, cierpliwie znosił wiele dni odpytywania i ,,skrupulatnie recenzował rękopis”. Dziwne to tym bardziej, że ich werdykt jest miażdżący: Karski nie był w Bełżcu (czyli wcześniej kłamał), a opisywał tylko prawie zupełnie nieznany „punkt rozdzielczy” (w Izbicy Lubelskiej?).

Proszę mnie dobrze zrozumieć. Moim celem nie było opisywanie warunków panujących w obozie koncentracyjnym w Bełżcu. Tę sprawę pomijam – w odróżnieniu od rzekomego infiltratora tegoż Jana Karskiego. Rzekomego, gdyż nigdy tam nie był. Jest to tak pewne, jak to, że piszący te słowa ostatecznie pogrzebał szansę na zostanie honorowym obywatelem miasta Łodzi.

Dariusz Ratajczak, Tematy jeszcze bardziej niebezpieczne

 

Advertisements