Zmarł prof. Robert Faurisson, niestrudzony działacz walczący o prawdę historyczną i wolność słowa

21 października 2018 roku zmarł w Vichy, przeżywszy lat 89, prof. Robert Faurisson, francuski literaturoznawca, autor licznych prac naukowych oraz publicystyczno-historycznych.

faurisson2Przez kilkadziesiąt lat, od początku lat 1970., publikował krytyczne prace na temat tzw. Holokaustu, za co był prześladowany przez lobby syjonistyczne. W roku 1991 za głoszenie swoich poglądów i publikowanie niezbitych dowodów na liczne manipulacje dotyczące oficjalnej wersji tzw. Holokaustu, został usunięty z profesury literatury na uniwersytecie w Lyonie.

Był wielokrotnie skazywany przez sądy za tzw. negowanie Holokaustu, był kilkakrotnie brutalnie pobity przez “nieznanych sprawców” oraz żydowskie bojówki. Jego prace były objęte ścisłą cenzurą, a traktowanie przez francuski wymiar sprawiedliwości wzbudzało sprzeciw nawet wśród jego ideowych przeciwników, w tym znanego żydowskiego intelektualisty Noama Chomsky’ego.

Faurisson w 1974 roku napisał wielostronicowy list do Muzeum Holokaustu Yad Vashem ukazujący zakłamanie licznych kluczowych aspektów oficjalnej wersji tzw. Holokaustu. W latach 1978-79 napisał trzy listy do Le Monde ponownie wskazując na zakłamanie dotyczące kardynalnych dogmatów tzw. Holokaustu, w tym: braku wiedzy czy zgody Hitlera na przeprowadzenie masowej eksterminacji Żydów; braku jakichkolwiek dowodów czy poszlak na ludobójcze wykorzystanie komór gazowych w niemieckich obozach koncentracyjnych (zob. “The Problem of the Gas Chambers“); oraz fałszerstwa dotyczącego niepodważalnej liczby “6 milionów” ofiar tzw. Holokaustu.

“Do 1960 roku wierzyłem w prawdziwość gigantycznej masakry w “komorach gazowych” ” – pisał Faurisson w listach do Le Monde – “potem jednak, po lekturze prac Paula Rassiniera – partyzanta wojennego i autora pracy Le Mensonge d’Ulysse – zacząłem nabierać wątpliwości. Po 14 latach refleksji nad tematem i 4 latach intensywnych badań, przekonałem się, tak jak i 20 innych autorów rewizjonistycznych, że mam przed sobą historyczne kłamstwo”.

Przeciwko niespodziewanej publikacji listów w Le Monde i dalszej dyskusji zaprotestowało 34 historyków, których serwilizm, polityczną poprawność i brak profesjonalizmu charakteryzują ich słowa:

“Nie możemy pytać jak od strony technicznej te masowe morderstwa mogły się dokonać. Było to możliwe do wykonania, bo się dokonało. Naszą odpowiedzialnością jest stanowcze i proste stwierdzenie prawdy: nie było, nie może być i nigdy nie będzie debaty na temat istnienia komór gazowych.”

Faurisson był autorem licznych prac, w tym pokazującej fałszerstwo tzw. Pamiętników Anny Frank (zob. “Is The Diary of Anne Frank Genuine?“). Przez wiele lat współpracował z amerykańskim ośrodkiem skupiającym niezależnych badaczy – Institute for Historical Review gdzie publikował i drukował swoje badania. Prowadził regularnie swój blog.

Cześć Jego Pamięci!

http://www.bibula.com/?p=104966

Robert Faurisson – Zwycięstwo rewizjonistów

Kwestia istnienia, bądź nie, komór gazowych, ma duże znaczenie hi­storyczne. Jeśli one naprawdę istniały, są dowodem na to, iż Niemcy dopuścili się fizycznej eksterminacji Żydów; jeśli natomiast ich nie by­ło, wówczas nie posiadamy żadnego dowodu owej zagłady. Pierre Vidal-Naquet miał rację w tej kwestii. Osobom skłonnym porzucić argument komór gazowych odpowiedział, że zrezygnować z komór gazowych, to „poddać się w szczerym polu” (Nouvel Observateur 21 września 1984, str. 80). Możemy jedynie przyznać mu rację. Komory gazowe nie są je­dynie detalem w historii II wojny światowej. Stąd też wszystkie sankcje prawne, np. we Francji, nakładane na tych, którzy kwestionują ich ist­nienie.

gas chamber myth - faurisson

Także Holocaust Memorial Museum (HMM – Muzeum Pamięci Ho­locaustu), otwarte w Waszyngtonie 22 kwietnia 1993 r., w odległości 500 m. od pomnika George’a Washingtona, nie mogło zrezygnować z argumen­tu istnienia nazistowskich komór gazowych. Rodzi się jednak pytanie: jak powinno tego typu muzeum przedstawić ową zabójczą broń?

Dzisiaj już to wiemy. Wynik jest jednak zaskakujący: z braku lepszych dowodów to wspaniałe muzeum, które kosztowało amerykańskiego po­datnika, jak również amerykańską wspólnotę żydowską, miliony dolarów, nie licząc pieniędzy, które wpłynęły od podatników niemieckich, przed­stawia jako unikalny model gazowej komory zagłady – komorę… dezyn­fekcyjną, znajdującą się na Majdanku. Nawet Jean-Claude Pressac, co spróbuję wykazać później, autor dzieła opublikowanego w 1989 r. pod patronatem nowojorskiej Fundacji Beate Klarsfeld, musiał zauważyć ten błąd. Komora gazowa na Majdanku była jedynie komorą, gdzie dokony­wano dezynfekcji. Już w 1945 r. Amerykanie przedstawili cztery komory dezynfekcyjne z Dachau jako komory śmierci. Jeśli więc organizatorzy Muzeum Pamięci Holocaustu (HMM) w Wa­szyngtonie zdecydowali się na równie poważne oszustwo, to, moim zda­niem, wymuszone ono zostało brakiem możliwości zaprezentowania, w jakiejkolwiek formie, wyglądu jednej z tych komór gazowych, które ja­koby Niemcy, co powtarza się nam do znudzenia, używali do mordowa­nia tysięcy ofiar.

Moje wyzwanie rzucone w Sztokholmie i w Waszyngtonie

Począwszy od 17 marca 1992 r. zacząłem przypierać do muru organiza­cje żydowskie z całego świata. Tego dnia, podczas wizyty w Sztokholmie, dokąd zostałem zaproszony przez mojego przyjaciela Ahmeda Rami, rzuciłem szwedzkim mediom wyzwanie o zasięgu międzynarodowym. Skła­dało się ono z dziewięciu wyrazów: „Show me or draw me a Nazi gaz chamber!” [„Pokażcie mi lub naszkicujcie nazistowską komorę gazową”]. Słowom tym towarzyszył dwustronicowy komentarz.

Według informacji, jakie otrzymałem, szwedzkie media, gotowe pod­jąć moje wyzwanie, uruchomiły natychmiast wszystkie dostępne im źródła informacji w celu zdobycia zdjęć nazistowskich komór gazo­wych. Ku ich zaskoczeniu odkryli, że takie fotografie nie istnieją, a wszystkie pomieszczenia prezentowane turystom w Oświęcimiu czy gdziekolwiek indziej jako komory śmierci, nie posiadają ani jednej ce­chy świadczącej o ich rzekomym przeznaczeniu. Wówczas szwedzkie środki masowego przekazu skierowały pod moim adresem liczne ata­ki, z których jednak żaden, ani jeden artykuł prasowy, ani jedno słowo w telewizji, nie było odpowiedzią na moje wyzwanie. Zakłopotanie sta­ło się oczywiste.

Zakłopotanie to, w trakcie kolejnych miesięcy, obejmowało swym za­sięgiem coraz większe kręgi, skupiające zwolenników tezy o masowej eksterminacji Żydów w czasie wojny 1939-45; stało się ono źródłem szaleństwa niepokoju, które w ciągu roku opanowało kręgi żydowskie na całym świecie.

21 kwietnia 1993 r., w Waszyngtonie, ponowiłem moje wyzwanie, lecz tym razem jego adresatami stali się organizatorzy HMM, w którego in­auguracji, dnia następnego, uczestniczyli: prezydent Clinton, inni sze­fowie państw oraz Elie Wiesel. Spośród osób zajmujących się organiza­cją, moją uwagę skupiłem na Michaelu Berenbaumie, odpowiedzialnym za „naukowy” projekt muzeum [project director].

Moje wyzwanie, rzucone w Waszyngtonie, można by podsumować na­stępująco:

„Jutro zostanie otwarte Muzeum Pamięci Holocaustu w Waszyngtonie. Apeluję więc do odpowiedzialnych za kształt tego muzeum o pokazanie nam fizycznego obrazu magicznych komór gazowych. Od trzydziestu lat sam, osobiście, poszukuję takiego obiektu, jednak w żadnym innym obozie koncentracyjnym, ani też w muzeum czy w książce, ani słowniku, ani w encyklopedii, ani na zdjęciu, ani na makiecie, ani w jakimkolwiek filmie dokumentalnym [nie odnalazłem go].

Wiem, że zostało podjętych kilka prób, aby dokonać takiego przedstawienia, ale wszystkie one okazały się kłamliwe; żadna z nich nie wytrzymała próby. Szczególnie, gdy przyjrzymy się bliżej wyjątkowemu zagrożeniu, jakie dla życia człowieka stwarza Cyklon B (środek owadobójczy) lub, jak kto woli, kwas cyjanowodorowy, szybko zdajemy sobie sprawę, że pomieszczenia przedstawiane turystom jako komory gazowe, w których ginęli ludzie, nigdy nie mogłyby służyć za chemiczną, ludzką rzeźnię. Gdy przyjrzymy się nadzwyczajnym – i zarazem niezbędnym – skomplikowanym urządzeniom, jakimi dysponują komory gazowe w amerykańskich więzieniach, gdzie dokonuje się tylko jednorazowo egzekucji przy użyciu kwasu cyjanowodorowego tylko jednego skazańca, wówczas natychmiast zauważymy, iż pomieszczenia nazywane nazistowskimi komorami śmierci, w których dzień po dniu dokonywano stracenia ogromnych rzesz ludzi, nie posiadają, i nigdy nie posiadały, nawet części tej maszynerii, która byłaby potrzebna. Jednym z najtrudniejszych do rozwiązania problemów, poza kwestią szczelności owych pomieszczeń, pozostaje problem poruszania się po dokonaniu egzekucji po pomieszczeniach przenikniętych kwasem cyjanowodorowym w celu usunięcia z nich zwłok, także nasyconych tą truci­zną. Wchłania się ona w skórę, błonę śluzową, krew i w nich pozo­staje. Tak więc zwłoki człowieka, który dopiero co zmarł w wyni­ku kontaktu z tą straszliwą trucizną, same stanowią źródło śmier­ci. Nie można ich dotykać gołymi rękami. Wejście do pomieszczenia dla wydostania z niego zwłok wymaga specjalnego ekwipunku, a także maski gazowej wyposażonej w odpowiedni filtr.

W związku z tym, że każdy wysiłek jest w takim wypadku zabroniony (gdyż powoduje przyspieszenie oddychania, a na to filtr jest niewystarczający), koniecznym byłoby przed wejściem do pomieszczenia doprowadzić do wydostania się stamtąd gazu, a także do jego neutra­lizacji. Dla uzyskania szerszych informacji, odsyłam do dokumen­tów opublikowanych przeze mnie w 1980 r., dotyczących komór gazowych używanych przez amerykańskie więzienia.

Ostrzegam więc HMM, a szczególnie M. Berenbauma, że nie chce­my jutro, 22 kwietnia 1993 r., po raz kolejny zobaczyć komór gazo­wych przeznaczonych do dezynfekcji, pryszniców, kostnic, czy schro­nów przeciwlotniczych, jako dowodów na istnienie nazistowskich komór gazowych. Tym bardziej nie chciałbym, aby o ich istnieniu przekonywał nas kawałek muru, drzwi, stos butów, okularów, czy kupka włosów.”

Unik i oszustwo Holocaust Memorial Museum

Wiedziałem, że owo wyzwanie nie zostanie podane do publicznej wia­domości, gdyż już od prawe pół wieku wmawia się nam istnienie komór gazowych w nazistowskich obozach koncentracyjnych, nigdy nam ich nie pokazując (i to w „wieku obrazu”!). Wiedziałem również, iż HMM zamknie ten temat posługując się oszustwem. Rzecz w tym, jakim?

Odpowiedź na to pytanie nadeszła już dnia następnego, gdy 22 kwietnia 1993 r., w dniu inauguracji muzeum (oficjalnej, gdyż otwarcie dla publicz­ności nastąpiło dopiero 26 kwietnia), zostało udostępnione dzieło liczące sobie ok. 250 stron, będące swoistym przewodnikiem po nowym muzeum. Owo dzieło autorstwa M. Berenbauma zostało zatytułowane „The World Must Know / The History of the Holocaust as told in the United States Holocaust Memorial Museum” (1993, XVI – 240s.) [Świat musi wiedzieć: historia Holocaustu opowiedziana przez HMM]. Na stronie 138 znajdujemy trzy zdjęcia, przedstawiające:

— pierwsze, metalową puszkę [kanister] i granulki [tabletki] Cyklonu B, „środka owadobójczego silnie trującego”;

— drugie, „odlew drzwi wejściowych do komory gazowej na Maj­danku (z zewnątrz strażnicy SS mogli obserwować rzeź poprzez mały wizjer)”

— trzecie, „wnętrze komory gazowej w Majdanku. Niebieskie plamy to pozostałości chemiczne Cyklonu B”. 1

Pierwsza fotografia stanowi jedynie dowód na używanie przez Niemców środka owadobójczego. Druga i trzecia, to obrazy znajome osobom zwie­dzającym Majdanek. Rozpoznałyby one zapewne drzwi zewnętrzne i drzwi wewnętrzne (stanowiące część) pierwszej z komór gazowych, którą przed­stawia się zwiedzającym jako komorę śmierci, a której charakterystyka odpowiada opisowi komory dezynfekcyjnej. Zrezygnuję tutaj z wszelkie­go udowadniania i nie odwołam się do moich własnych zdjęć, które ukazu­ją owe pomieszczenie w całości, razem z małą przybudówką, w której znaj­dował się piec produkujący ciepło, niezbędne do ulotnienia się Cyklonu B (po prawej stronie fotografii muzealnej można zauważyć, na wysokości człowieka, ujęcie rurki prowadzącej od pieca). Nie będę także przytaczał ekspertyzy, w której Fred Leuchter udowadnia, iż jest to komora dezynfek­cyjna, w której zabijano co najwyżej przenoszące tyfus wszy, a nie ludzi.

Przypuszczenie J. C. Pressaca

Miło mi będzie oddać teraz głos panu Jean-Claude Pressacowi, protegowanemu Fundacji Beate Klarsfeld, autorowi dzieła „Auschwitz: Technique and Operation of the Gas Chambers” [Oświęcim: technika i funkcjonowanie komór gazowych] (tytuł skądinąd zwodniczy). Oto opinia J. C. Pressaca na temat pomieszczenia, które nazwane zostało przez M. Berenbauma gazowa komorą śmierci:
„Czerwone cegły z ciemno niebieskimi plamami stanowiły dla niego (Bernarda Jouanneau, adwokata oskarżającego R. Faurissona w procesie w 1982 r. w Paryżu) materialny i namacalny dowód świadczący o istnieniu komór gazowych, w których dokonywano ludobójstwa. Problemem jest jednak, bo takowy problem pojawia się, że komora gazowa, o której mowa, posiadała wszelkie cechy instalacji służącej do odwszawiania. Nie twierdzę, że nie została ona nigdy użyta w innym celu – do zabijania ludzi, bo to także byłoby możliwe [w tym miejscu J. C. Pressac się myli] 2, lecz ślady koloru pruskiego błękitu wskazują całkowicie, że owa komora używana była do odwszawiania.”

J. C. Pressac akcentuje następnie, że wizjer umieszczony w drzwiach (peep-whole) nie jest dowodem na istnienie tam komory śmierci, gdyż komora dezynfekcyjna również może posiadać taki wizjer. Podsumowuje to w następujący sposób: „Żałuję, że przyszło mi stwierdzić, a nie jestem jedynym na Zachodzie, który tak uważa [pisał te słowa w 1989 r., jeszcze przed upadkiem komunizmu w Polsce], iż komory gazowe na Majdanku, czy są komorami śmierci, czy też dezynfekcyjnymi, czekają wciąż na swego historyka, który byłby dostatecznie powściągliwy, zważywszy fakt, że obóz wpadł nienaruszony w ręce Rosjan w [czerwcu] 1945 r.”

Na stronie 557 zamieszcza on fotografię owej komory gazowej, zrobioną z zewnątrz, obok innej komory, znajdującej się w tym samym budynku. Podpis pod zdjęciami precyzuje, iż chodzi o: „fotografię ukazującą jedną z komór gazowych służących do dezynfekcji, uważanych dotychczas za gazową komorę śmierci. Cegły pomiędzy jedną a drugą parą drzwi zaopatrzonych w wizjery strażnicze mają kolor pruskiego błękitu, dowód na używanie przez długi okres “Blausaure” – niebieskiego kwasu, inaczej mówiąc kwasu cyjanowodorowego bądź pruskiego, sprzedawanego jako środek odwszawiający pod nazwą Cyklonu B.”

Godny odnotowania jest również fakt, że komory gazowe znajdują się w budynku z tabliczką „Bad und Desinfection” [prysznice i dezynfekcja], znajdującym się na wprost wejścia do obozu i będącym na widoku wszystkich. Łatwo jest odgadnąć, dlaczego M. Berenbaum w swojej „Bibliographical Note” (s. 224-232) nie wskazuje cytowanego dzieła J. C. Pressaca.

Nowy krok w historii rewizjonizmu

W 1978 r. prezydent Jimmy Carter powołał do życia komisję zajmującą się stworzeniem HMM. Na jej przewodniczącego wyznaczył Elie Wiesela, co wzbudziło natychmiastową reakcję Artura Roberta, szczerą i zarazem pełną sarkazmu: „potrzebowaliśmy historyka, wybraliśmy histeryka”.

Wybór M. Berenbauma na stanowisko odpowiedzialnego za projekt naukowy HMM jest równie „udany”. M. Berenbaum jest profesorem adiunktem na wydziale teologii Uniwersytetu Georgetown (Washington D. C.) Tam, gdzie niezbędny był historyk, żydowskie organizacje wybrały teologa, co potwierdza fakt, że od lat kilku historia Holocaustu została zastąpiona religią Holocaustu.

Filarem tej religii, co często powtarzam, jest „magiczna komora gazowa, która, będąc cudem, nie posiada swojej realnej postaci”.

W tych warunkach HMM jako główną podporę swojej ekspozycji wybrało również komorę gazową do dezynfekcji, nieprawnie ochrzczoną gazową komorą śmierci. W ten sposób przedsięwzięcie Niemców, ukierunkowane na ochronę zdrowa swoich żydowskich, i nie tylko, jeńców, zostało przedstawione jako instrument ich tortur i śmierci. Jest to przykładem na niewdzięczność i pewność siebie, jaką obecnie prezentują fanatyczni zeloci religii Holocaustu.

Nadszedł w końcu czas na odrobinę intelektualnej szczerości i psychicznej czystości w rozprawach o rzeczywistym nieszczęściu narodu żydowskiego podczas II wojny światowej. Turyści zwiedzający HMM, a w szczególności amerykańscy podatnicy, mają prawo zażądać od M. Berenbauma i jego przyjaciół sprawozdania z ich dotychczasowej pracy. „Los Angeles Times” z 20 kwietnia 1993 r. pisze: „Sondaż wykazał, iż co trzeci Amerykanin gotowy jest wątpić w istnienie Holocaustu”. Liczba ta powiększa się. W kilka dni po otwarciu muzeum M. Berenbaum wyznał pewnemu dziennikowi:
„[W tym muzeum] otacza was śmierć. To jest tak, jakby pracować na oddziale intensywnej terapii lub w domu pogrzebowym… ja skończyłem u psychoanalityka.”

Nie jest wykluczone, że M. Berenbaum powróci do gabinetu psychoanalitycznego, gdy tylko zda sobie sprawę z poważnych konsekwencji swojego oszukańczego czynu: 22 kwietnia 1993 r. oznaczać będzie datę uświęcenia na amerykańskiej ziemi religii Holocaustu; w rzeczywistości zaś dzień ten przejdzie do historii jako bezapelacyjne zwycięstwo historyków rewizjonizmu.

Na zakończenie chciałbym złożyć hołd rewizjonistom, którzy przyczynili się do tego zwycięstwa:

— przede wszystkim Ernestowi Zundelowi z Toronto, bez którego rewizjonizm historyczny wciąż błądziłby w mroku;

— a także Ahmedowi Rami, ukrywającemu się w Sztokholmie, który umożliwił mi publiczne rzucenie „wyzwania sztokholmskiego” 17 marca 1992 r.;

— w końcu Institut for Historical Review z Los Angeles, organizatorowi konferencji, na której miałem sposobność, 21 kwietnia 1993 r., ponowienia mojego wyzwania, tym razem skierowanego w stronę HMM.

Moje myśli kierują się także w stronę rewizjonistów francuskich, którzy wsparli mój wysiłek. Szczególnie chodzi mi o jedną osobę, której nie mogę wymienić z imienia i nazwiska nie narażając jej na nieprzyjemności, a która stała się głównym trybem w ruchu rewizjonistycznym we Francji.

Przypisy:

1 Na stronach 140-143 znajdujemy naiwne gipsowe postacie, mające przedstawiać ofiary w kolejnych stadiach: w przebieralni, w komorze gazowej, a następnie w piecach krematoryjnych krematorium w Oświęcimiu-Brzezince. Podczas gdy muzea chcące uchodzić za historyczne (takie, jak muzeum wojska, muzeum wojny i ruchu oporu, muzeum lądowania w Normandii) starają się ukazać rzeczywistość materialną za pomocą najbardziej dokładnych makiet, te postacie są jakby sposobem na zapełnienie luki. Cechą charakterystyczną historii prezentowanych przez M. Berenbauma jest brak precyzji, liczne błędy i absurdalne stwierdzenia, świadczące także o odczuwanej przez niego potrzebie pilnej weryfikacji tego, co wiemy, w obliczu zmniejszania się liczby rzekomych ofiar, które zginęły w komorach oraz liczby codziennych kremacji. Autor nawiązuje także dyskretnie do makiety, jaka została po wojnie skonstruowana przez polskich komunistów, a która przez cały czas wystawiona jest w Muzeum Oświęcimskim (Blok 4, pierwsze piętro). Według informacji, jakie posiadam, kopia owej makiety miałaby się znajdować w HMM. Dlaczego więc M. Berenbaum nie zamieścił jej w swojej książce? Czyżby wiedział, że często posługuję się przykładem tej makiety dla zilustrowania tezy o niemożności przeprowadzenia operacji gazowania w sposób, w jaki przedstawia ją makieta? Szczególnie polecam państwu moją kasetę video zatytułowaną „Problem komór gazowych” (1982), a także komentarz, jaki zamieściłem na końcu książki Wilhelma Staglicha Mit Auschwitz (La Vieille Taupe, 1986), pod tytułem „Oświęcim w obrazach” (s. 492, 507). Nawet J. C. Pressac odnosi się sceptycznie do tej kwestii (op. cit., s. 377-378).

2 Komora gazowa, służąca do dezynfekcji w Cyklonie B, nie mogła służyć zarazem jako komora śmierci. Pierwsza z nich wymaga całkiem prostej budowy, podczas gdy druga – konstrukcji o wiele bardziej skomplikowanej. Różnica ta polega na prostej rzeczy – po przeprowadzeniu operacji zagazowywania, usunięcie gazu tkwiącego w tkaninach bądź ubraniach nie nastręcza większych problemów, natomiast trudniejsze jest pozbycie się gazu pozostającego w ciele człowieka, jego śluzówce czy też krwi. W pierwszym przypadku pozbywamy się gazu poprzez strumień ciepłego powietrza, który powoduje wyparowanie substancji, resztek gazu zaś – poprzez długie trzepanie tkanin na zewnątrz budynku. W przypadku zwłok ludzkich, nie można ich ani podgrzać, ani wytrzepać. Stąd też śmiem twierdzić, że koncepcja zakładająca istnienie komór śmierci, jak to widać w Stanach Zjednoczonych, napotyka na poważne trudności. Trudności te, pojawiające się już w przypadku egzekucji jednorazowo, pojedynczej osoby, stają się praktycznie nie do przeskoczenia w przypadku setek lub milionów ofiar, jak to miało mieć miejsce w nazistowskich komorach gazowych. Tego typu komory byłyby łaźniami zawierającymi ilości trucizny niemożliwe do usunięcia. Nigdy więc ludzie, zaopatrzeni nawet w najmocniejsze maski gazowe, nie mogliby spokojnie penetrować w takim oceanie kwasu cyjanowodorowego, jakim były owe komory, po to, by usunąć stamtąd zwłoki i zrobić miejsce następnej porcji ofiar.

Fragment broszury pt: ”Mit Holocaustu”

The Last Speech of Professor Robert Faurisson

This speech was given on October 20th, 2018, one day before the date of his death.

 

Advertisements